FESTIWAL JOGI MOIMI OCZAMI

Joga to wcale nie tylko mata, kolorowe leginsy i szczupłe dziewczyny robiące dziwne pozycje niedostępne dla przeciętnego Kowalskiego. Joga to także nie moda i lansowanie się przez używanie niezrozumiałych słów dla reszty niewtajemniczonego społeczeństwa. Chodzi tu raczej o filozofię, której celem jest wprowadzenie względnie trwałych i pozytywnych zmian w życiu, o poznanie swojego ciała, a zatem poznanie siebie w zupełnie innych aspektach niż robiliśmy to do tej pory. Jeszcze do niedawna uważałam jogę za stratę czasu, zdecydowanie bardziej wolałam iść na siłownie i podźwigać wolne ciężary, czy pobiec przez siebie do pobliskiego parku. W taki sposób u mnie uwalnia się nagromadzenie emocji, stresu, natłoku codziennych spraw. Żyjemy szybko, gonimy to za awansem w pracy, czy promocjami w sklepie. Na sen zostawiamy sobie za mało czasu, bo przecież pojawił się na Netflixie nowy sezon ulubionego serialu. Jesteśmy atakowani bodźcami z każdej strony i poddajemy się im. Joga właśnie pomaga trochę oderwać się od tego, chociaż na początku jest trudno.



Z natury jestem osobą bardzo aktywną, nie lubiącą marnować czasu i robiącą kilka rzeczy jednocześnie. Sprzątam i oglądam Netflixa, przeglądając instagrama słucham w tle gadania youtuberów, żeby nie było to tylko takie bezmózgowe przewijanie obrazków, robiąc zakupy układam w głowie jadłospis na następne kilka dni. Wkręcając się w jakąś rzecz, czy projekt robię to na 100%, chwilowo zajmując tym całą głowę. Wakacje też zazwyczaj planuje aktywnie, to zwiedzanie, to poznawanie lokalnej kuchni, rozmowy z mieszkańcami, raczej mało czasu spędzam na leżeniu i opalaniu się. Od czasu do czasu lubię oderwać się od tego wszystkiego, choć na chwilkę.  Dlatego też przyjęłam zaproszenie Primaviki na IV Górski Maraton Jogi w Wierchomli. „– Gdzie jest Wierchomla?” Pierwszy raz słyszę tą nazwę. Szybkie wygooglowanie i już wiem wszystko. Góry, las, hotel na górce, a do najbliższego sklepiku ulokowanego przy domku mieszkalnym ponad 2 km. Myślę sobie fajnie.

I tak znalazłam się na maratonie jogi, wśród osób którzy próbują żyć trochę inaczej, wolniej, naturalniej, zgodnie z przyrodą. Po przybyciu na miejsce od razu otoczała mnie zieleń, las i dźwięk płynącego nieopodal hotelu strumyka. Z pokoju słyszałam koguta, który budził mnie co ranek, oglądałam kozy w zagrodzie i te cztery dni zaczęły płynąć wolniej, pomimo dużej ilości odbywających się warsztatów. Były warsztaty kulinarne, botaniczno-zielarskie, z tworzenia kosmetyków naturalnych i dużo jogi. Przyznam szczerze, że najbardziej liczyłam na te kulinarne i trochę się zawiodłam. Może to moja wina zbyt wygórowanych oczekiwań? Liczyłam na nowe pomysły, inspirację, ciekawe połączenia smaków, a było raczej prosto i klasycznie, rzekłabym standardowo. Wiem, że warunki hotelowe nie sprzyjają prowadzeniu warsztatów kulinarnych, jednak całość mogła zostać troszkę bardziej dopracowana. Jeden blender i cztery noże do krojenia z deskami aby zaangażować całą grupę w przygotowanie to trochę mało. Jednak inspirację odnalazłam podczas dwóch warsztatów botaniczno-zielarskich. Zbieraliśmy zioła i przetwarzaliśmy je robiąc maceraty i herbatki. Na pewno nabytą wiedzę wykorzystam w swojej kuchni. Już nawet mam pomysł jak wykorzystać ziołowy hydrolat do deserów, muszę tylko poeksperymentować i sprawdzić co z tego wyjdzie 😉


Co do jedzenia, bo pewnie jesteście tego ciekawi było smacznie. Bufet śniadaniowy był różnorodny, można w nim było znaleźć lokalne produkty takie jak oscypki, czy dżem z owoców leśnych, który był wyśmienity. Było dużo roślinnych produktów, produktów typowo wegańskich jak różne pasty, jogurty, mleka (kozie, kokosowe, sojowe) więc weganie (których było całkiem sporo) mogli sobie skomponować urozmaicony posiłek. Można było skorzystać z wyciskarki do owoców i stworzyć sobie swój własny sok, czy zjeść gofra (w niedzielę).

Obiadokolacje były typowo wegetariańskie/ wegańskie, ale nawet mięsożercy zajadali się pysznościami, które były wystawione. Niestety ekspresy do zrobienia kawy były wyłączane, powód: za dużo dzieje się na kuchni i korki strzelają. Były dania ciepłe i zimna płyta. Wśród dań na ciepło dominowały produkty Primaviki: cieciorka, pulpety wegetariańskie, bitki, gulasz itp. Produkty tej marki można było również zjeść podczas śniadania w postaci różnych past, humusów, pasztetów, czy ketchupu. Ostatniego dnia był vege grill i to była prawdziwa uczta! Szaszłyki, kotlety sojowe, grillowane tofu, pyszne warzywa i wiele wiele innych pyszności, a w tym zrobione i podane według mojego przepisu pałeczki Yin Yang (przepis). „Są pyszne”, „bardzo dobre”, „genialne”,”dziewczyna wymiata z tymi paluszkami” – to tylko kilka z opinii ludzi, którzy przyjechali na festiwal jogi w Wierchomli. Pałeczki Yin Yang znikły ze stołu w zaskakującym tempie, a puste talerze to dla mnie największy komplement.


Przepis na pałeczki znajdziecie tutaj 

Kto mnie zna to wie, że nie jestem jedną z tych osób poświęcających dużo czasu na pielęgnację ciała. Jednak przyjechałam z warsztatów z postanowieniem, że zmienię troszkę w tym aspekcie. Uświadomiłam sobie, że do tej pory byłam kompletną ignorantką w tym zakresie i że tak samo jak w kuchni bardzo ważne jest czytanie składu kosmetyków.
Wiedzieliście, że oleje mineralne to produkty destylacji ropy naftowej? Brzmi ładnie „mineralne” – zdrowe, dobre, nic bardziej mylnego. Zatykają pory, absorbują kurz i bakterie, hamują wymianę gazową, przyśpieszają procesy starzenia się skóry. Na warsztatach tworzyliśmy własne perfumy z olejków eterycznych. Mój wyszedł obłędny, ośmielam się stwierdzić, że jest lepszy od coco channel ;p

Po raz pierwszy byłam na koncercie gongów i mis tybetańskich. Idąc na koncert nie wiedziałam czego się do końca spodziewać. Było… dziwnie, a zarazem ciekawie. Słuchanie na leżąco, myślę sobie ok. Początkowo bardziej fascynował mnie sam sposób i proces gry, przez co nie potrafiłam się odprężyć. Muzyka… hmm każdy ma pewnie inne skojarzenia. Mi dźwięki skojarzyły się z lewitowaniem w kosmosie, później z nadciągającą burzą piaskową, wredną czarownicą i dzwonami na pustkowiu. Z całą pewnością dźwięki te rozwijają kreatywność! Nie czułam też specjalnie drgań ustawianych mis na moim ciele, ale tak jak pisałam wcześniej nie odczuwałam stanu rozluźnienia, co pewnie było tego powodem

Hotel jest malowniczo usytuowany, oceniam go bardzo dobrze. Schludne czyste pokoje, miła obsługa na portierni. Strefa wellnes dobrze wyposażona jak na 3*. Dostępna jest sauna sucha i parowa, inferno, jacuzzi i otwarte solarium (korzystałam ale zbyt dużych efektów nie widziałam,) jest także basen. Sam harmonogram imprezy bardzo bogaty, a zajęcia z jogi urozmaicone (joga funkcjonalna, joga twarzy, joga dla dzieci, zajęcia przygotowujące do maratonu 108 powitań słońca).



I powiem Wam jeszcze jedno, podczas jogi można się konkretnie zmęczyć i rozwinąć swoje mięsnie! Raczej nie zostanę zagorzałą fanką jogi, ale na pewno nadal będę wprowadzać do mojego treningu jej elementy. Bo przecież w jodze chodzi o to, żeby wprowadzać poztywne zmiany, o to żeby robić to chętnie, z radością i najważniejsze żeby dobrze się bawić.

 

 

Share Button

Zostaw komentarz

Zostaw komentarz